Chusteczki z Alterry

Witajcie!

Dziś kilka słów o moim ulubionym produkcie do demakijażu, czyli oczyszczających chusteczkach z aloesem z Alterry. Przez lata używałam rozmaitych mleczek do demakijażu, które powodowały zamglenie oczy i na ogół podrażnienie nie rekompensując tego działaniem, micleli które, choć bardzo lubię męczyły mnie koniecznością szukania w łazience wacików i możliwością nalania za dużo – nie znoszę kiedy płatek kosmetyczny ma w sobie zbyt dużo płynu a stosunkowo często ręka mi zadrżała i nalewało się zbyt dużo. Chusteczki zakupione na Woodstock gdzie potrzebowałam móc odświeżyć i oczyścić twarz bez bieżącej wody i sprawdziły się idealnie.

IMG_20161020_155538.jpg

Paczka zawiera 25 chusteczek, które spokojnie wystarczają mi na miesiąc, biorąc pod uwagę, że na ogół weekendy spędzam w innym domu, gdzie zużywam resztki micleli. Do demakijażu całej twarzy potrzebna jest tylko jedna chusteczka. Arkusz jest duży i spokojnie radzi sobie z tuszem, eyelinerem, korektorem i wszystkim innym co nakładam na twarz. Elegancko oczyszcza ze wszystkiego bez podrażnień. Na opakowaniu zresztą widnieje adnotacja, iż jest to produkt przeznaczony do skóry suchej i wrażliwej. Jako posiadaczka wiórów na twarzy i alergiczka na potęgę polecam z całego serca. Koszt również sprzyja zakupowi bo za paczkę musimy zapłacić niecałe 4 zł przy czym często możemy trafić na promocję i jest o złotówkę taniej. Chusteczki oczyszczają dokładnie ale i tak stosuje je tylko jako pierwszy etap oczyszczania, zawsze później wmasowuje olej kokosowy, używam pianki i toniku. Muszę jednak przyznać, że w warunkach ekstremalnych na wyjeździe, kiedy po użyciu ich jedynie psikałam twarz wodą i nakładałam krem sprawiły, że nie dostałam wysypu krostek typowych dla niedomytej twarzy. Zdecydowanie mój ulubieniec.

Miłego dnia!

Reklamy

Październikowe szaleństwo

Cześć 🙂

Październik w opozycji do września za obfitował w liczne kosmetyczne zakupy w czego efekcie, jeśli tylko ruszę swój leniwy tyłek, powstanie sporo recenzji. Po części przyczyniła się do tego słynna promocja w Rossmannie, choć muszę przyznać, że w tym roku nie uległam jej aż tak bardzo. Zwyczajnie większość kosmetyków potrzebnych na co dzień mam a przez brak pracy (i przez to gotówki) nie wgłębiałam się zbytnio w zawartość półek. Szczerze mówiąc, decyzję co kupić podjęłam na stronie rossnettu, tam też złożyłam zamówienie, które następnego dnia odebrałam – do tego ograniczyło się moje zaangażowanie w promocję. Nie mniej, pracę w końcu znalazłam a po kilku nerwowych tygodniach układania sobie życia udało mi się jakoś połączyć studia i pracę tak, żeby nie dość, że mieć za co żyć to jeszcze, kiedy żyć. Nie powiem, nie było łatwo, ale logistyka nie zawiodła i spokojnie mogłam sobie wynagrodzić trudy małym zakupowym szaleństwem – choć aktualnie żałuję, że kilku rzeczy nie kupiłam. Szczęśliwie, na wiosnę promocja powinna znów się odbyć. Na wszystko przyjdzie czas.

img_20161020_155026img_20161020_155127

W pierwszym rzucie przedstawiam Wam zdobycze z ów wspomnianej promocji. Nie jest tego dużo, w tym sezonie postawiłam na nawilżenie ust i sprawdzone kosmetyki. Przede wszystkim zaopatrzyłam się w balsamy do ust. Postawiłam na Neutrogenę (Formuła Norweska z Maliną Nodrycką), Himalaya Herbals – balsam intensywnie nawilżający oraz Nivea Strawberry Shine. W przypadku Neutrogeny dobrze nakłada się ją na usta, sztyft jest miękki ale stabilny, nie mam z nią takiego problemu, jak z balsamem z Alterry, który notorycznie rozpływa mi się w sztyfcie i chybocze przy każdym użyciu. Ma delikatny, lekko malinowy zapach, który niestety zalatuje sztucznością, ale też jest zupełnie nienachalny. Na minus zaliczam opakowanie ze zbyt cienkiego plastiku, już na drugi dzień na skuwce pojawiły się drobne pęknięcia od samego zamykania. Obawiam się za jakiś czas balsam może się sam otwierać z tego powodu. Z marką Himalaya Herbals zetknęłam się po raz pierwszy. Już wcześniej widziałam reklamy ich produktów ale dopiero teraz skusiłam się na co nieco. Pozytywnie zaskoczył mnie zapach sztyftu, ciasteczkowy, bardzo przyjemny. Produkt jednak nakłada się nieco tępo, ale bez dramatu. Wystarczy lekkie ogrzanie. Plusik za opakowanie, jest estetyczne i na tyle „męskie”, że nawet mój mężczyzna otrzymał własny egzemplarz i używa go – co jest gigantycznym osiągnięciem. Nivei chyba nie muszę nikomu przedstawiać. Po otwarciu balsamu nieco przeraziłam się widokiem drobinek ale na szczęście na ustach są zupełnie niewidoczne. Zapach jest cudowny, świeża, soczysta truskawka. Balsam zamieszkał w piórniki i ten bajeczny aromat budzi mnie do życia przy sennej aurze wykładów. Balsam daje delikatny kolor jednak niemal całkowicie niezauważalny. Co do kwestii pielęgnacyjnych, co jest w tym wypadku najistotniejsze, wszystkie trzy produkty spełniają swoją funkcję. Zarówno Neutrogena jak i Nivea zostawiają na ustach wyczuwalną warstewkę balsamu, która długo utrzymuje się na wargach. Himalaya Herbals z racji bardziej twardego sztyftu daje mniej produktu przy nakładaniu, ale może to być zaletą dla osób, które nie lubią czuć, że mają na ustach jakiś produkt. Ja mimo wszystko lubię mieć to poczucie „poślizgu” kiedy pocieram o siebie wargami.

img_20161020_154938

Czas obkupywania się w kolorówkę do oczu pominęłam, zaopatrzywszy się wcześniej w dwie paletki w Naturze, a w końcowym etapie zakupiłam zaledwie dwa korektory. Oba znane mi od dawna i lubiane. Pierwszy z nich to korektor w kredce od Wibo z numerem 3, czyli zielony. Fantastycznie zakrywa punktowe zaczerwienienia i wypryski, kredka jest wygodna w użytku a krycie długo się utrzymuje. Nakładam go zazwyczaj na bazę pod makijaż i po dodaniu BB Creamu już się nie straszy twarzą. Drugi to kółeczko, również od Wibo. Wcześniej używałam poczwórnej paletki z Lovely, która ładnie komponowała się z cerą jednak była zupełnie nietrwała. Małe okienka utrudniały również nabieranie produktu. W przypadku kółeczka uzyskujemy fantastyczne krycie, które potrafi się utrzymać w większości przez 10h pobytu na uczelni co uważam za niezłe osiągnięcie. Różowy kolor świetnie sprawdza się pod oczami a w dniach lenistwa, przypudrowany w połączeniu z tuszem, robi mi za cały makijaż oka. Rozjaśnia, ujednolica cerę, ukrywa efekty nieprzespanych nocy.

To by było na wszystko. Dziękuję Wam za uwagę i mam nadzieję, że w rezultacie ogarnięcia rozkładu tygodnia, wpisy znów zaczną pojawiać się bardziej regularnie.
Miłego dnia! 🙂