Masło Shea

Cześć 🙂

Pomna tego, jak wspaniale zareagowała moja skóra na olej kokosowy, zaopatrzyłam się w masło Shea słynne ze wspaniałych właściwości pielęgnacyjnych. Choć nazwa może być myląca, masło Shea to nic innego jak olej z owoców niezwykłego drzewa – Masłosza Parka. Wśród licznych właściwości masła jest regeneracja, zawartość witaminy A i E, działanie ochronne przed zimnem i wiatrem (jest również niewielkim ale jednak – filtrem przeciwsłonecznym), jak również łagodzenie zmian alergicznych. Przy naszym, w znacznej większości szaro-buro-zimnym, klimacie jest to produkt wręcz idealny do stosowania w codziennej pielęgnacji.

IMG_20161026_180426.jpg

Ja swój własny egzemplarz sprowadziłam ze strony ezebra. Ostatnio często robię tam zakupy bo mam paczkomat blisko domu a przy obecnej pogodzie i ciągłym tułaniu się z uczelni do pracy i z powrotem nie mam czasu ani siły jeździć jeszcze do centrum do drogerii. 200 gramowe opakowanie jest przede wszystkim mega wydajne. Podoba mi się również jego konsystencja, w porównaniu do oleju kokosowego na zimno łatwiej je nabierać a na ciepło nie przecieka między palcami. Lepiej też się wchłania i w kontakcie ze skórą zachowuje się bardziej jak balsam – ma za to u mnie wielkiego plusa, bo olej kokosowy mimo wszystko po jakimś czasie mnie denerwuje tłustą warstwą na twarzy.

Co do działania odnotowałam znaczące nawilżenie. Mam wrażenie, że wypryski goją się szybciej. Ładnie podziałało też pod oczami całkiem skutecznie rozprawiając się z cieniami pod oczami. Uratowało mnie również podczas alergii, która pojawiła się zupełnie znienacka i pokryła całe moje ciało suchą, swędzącą skórą i krostkami. Jest świetne jako balsam do ust, od chwili kiedy zaczęłam je używać nie mam suchych skórek na ustach. Pracując w sklepie z odzieżą, obuwiem i wszelakimi turystycznymi sprzętami gdzie moje dłonie są ciągle narażone na otarcia cenię sobie masło Shea jako krem do rąk, pomaga przy skórkach, poprawia stan paznokci.

Słowem, polecam z całego serca jako produkt niezaprzeczalnie wszechstronny i skuteczny 🙂

IMG_20161026_180501.jpg

Biocosmetics Regenerujące Bio-Serum z olejem arganowym

Witajcie 🙂

Dziś przybywam z recenzją maleństwa nad którego zakupem długo się wahałam. Nie lubię kupować produktów o tak małej pojemności, bo ani tego jak w łazience postawić nie mam, żeby nie zginęło, a i użyję kilka razy, polubię i już koniec. Entuzjastyczny opis od producenta i potrzeba jakiejś nowości na półce sprawiły, że jednak się skusiłam i zupełnie nie żałuję.

Serum polecane jest do pielęgnacji cery wrażliwej, alergicznej i po peelingach chemicznych. Peelingów nie stosuję, ale reszta się zgadza. Zawiera kompleks składników: olej arganowy, koenzym Q10, witaminy A, C i E oraz alantoinę, dzięki którym posiada wszechstronne działanie: przeciwstarzeniowe – spłyca zmarszczki, opóźnia tworzenie nowych, działa antybakteryjnie, przeciwzapalnie i przeciwłojotokowo, rozjaśnia skórę, usuwa plamy i przebarwienia, nawilża, regeneruje, redukuje blizny. Wszystko to brzmi pięknie i jest dokładnie tym, czego moja skóra potrzebuję. Pierwsze zmarszczki powoli zaczynają się pojawiać a lepiej zapobiegać niż leczyć, przebarwień ci u mnie dostatek a regeneracja i nawilżanie jest zawsze mile widziane.

Pierwsze spotkanie z tym spotkaniem przebiegło nieco bojowo, albowiem mocowałam się z zamknięciem dobrą chwilę, zanim doszłam do tego, że końcówkę trzeba zwyczajnie odciąć. Przyznam, że wolałabym pipetę ale na szczęście wąska końcówka dozuje tyle serum ile trzeba. Co do konsystencji jest jak delikatny olejek i ta oleistość pozostaje na twarzy. Nie jest jednak nachalna i nie mam poczucia, że kurz z powietrza klei mi się do twarzy. Zapach jest prawie niewyczuwalny i też taki olejowy, trochę jak olej rzepakowy. Pokochałam to serum całym sercem. Przez kilka pierwszych dni nie robiło zupełnie nic, ale później było tylko wielkie wow. Skóra miękka i odżywiona, wypryski szybciej niż zazwyczaj się zagoiły, rozjaśniło się kilka mniejszych przebarwień. No miód cud i orzeszki szkoda tylko, że pojemność taka mała. Posiadaczkom suchej skóry polecam z całego serca. Koszt tego malucha to około 10zł.

img_20161115_111733

Rimmel Primer Stay Matte

Cześć 🙂

Przyznam szczerze, że okropnie bałam się tego primera. Opinie w internecie są skrajne, niektórzy go uwielbiają inni twierdzą, że bardziej szkodzi niż pomaga. Obawy budziła we mnie kwestia matowania przy skrajnie suchej skórze – zazwyczaj staram się unikać matujących produktów z wyjątkiem odrobiny pudru, bo mają w zwyczaju robić mi paskudną łuskę na twarzy. A jak powszechnie wiadomo, stylówka na jaszczurkę uchodzi tylko w Halloween. Uległam pokusie podczas promocji -40% w Naturze, kiedy doszłam do wniosku, że jestem skłonna poświęcić te kilka groszy i zaryzykować niewypał. W cenie regularnej raczej bym szukała dalej. Na całe szczęście baza nie robi żadnego kukuk tylko ładnie matuje twarz. Swoje zasługi ma w tym zapewne też olej kokosowy, którym wieczorami doprowadzam twarz do ładu i mocno nawilża. Co do primera, trzyma się na mojej twarzy koło 8h później trzeba się przypudrować i w sumie do wieczora daje radę. Jak dla mnie bomba, jedna poprawka w ciągu dnia i do wieczora można się cieszyć pewnością, że się nie świeci. Wydajność też całkiem niezła, mi wystarczą cztery kropeczki wielkości główki od zapałki w strategicznych miejscach. Póki co nie odnalazłam żadnych minusów 🙂

Trzymajcie się!

IMG_20161025_105504.jpg

BeBeauty Pielęgnacja stóp

Cześć 🙂

Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie sezon jesienno-zimowy jest tym okresem, kiedy najbardziej przykładam się do pielęgnacji stóp. Przy upałach ciężko mi wytrwać długo z warstwą kremu i skarpetami na wieczór. Mam stopy niezwykle wymagające. Przez wiele lat tańczyłam i po niezliczonych godzinach kontaktu skóry z deskami czy gumowanym podłożem stała się gruba, szybko rogowacieje i trudno utrzymać ją w dobrej formie. Przynajmniej dzięki treningom nie muszę się obawiać haluksów i cieszę się ładnym wysokim podbiciem. Żeby jednak móc się pochwalić ładnymi stopami trzeba się postarać, żeby popękane pięty wyglądały przyzwoicie. Końcem wakacji skusiłam się na Biedronkowy zestaw marki BeBeauty. Każdy produkt kosztuje zawrotne 3zł więc nie żal mi sumiennie nakładać grubej warstwy kremu co wieczór.

IMG_20161025_105536.jpg

Zacznę może od peelingu. Stosuję go codziennie lub co drugi dzień, ma zwartą konsystencję i dużo drobinek. Wmasowuje go na ogół w suche stopy i naprawdę ładnie radzi sobie ze złuszczaniem. W połączeniu z pumeksem dwa razy w tygodniu daje fantastyczny efekt!

Krem zużywam nie tylko do stóp, ale i do dłoni i łokci. Jest skutecznym nawliżaczem – nie pamiętam kiedy ostatnio miałam problem z przesuszonymi łokciami a stopy i dłonie są rano cudownie mięciutkie. Ma delikatny zapach i nie zostawia tłustego filmu. Jego ogromną zaletą jest szybkie wchłanianie, nie znoszę lepkich od kremu stóp i dłoni.

Zarówno peeling, jak i krem wystarczają na około miesiąca przy codziennym stosowaniu, peeling nawet nieco dłużej. Uratowały mi stopy i sprawiają, że bez wstydu mogę pokazać się boso. W ofercie jest jeszcze preparat na pocące się stopy, który chętnie wypróbuję kiedy zrobi się cieplej. Dla mnie 11/10.

IMG_20161025_105650.jpg