Vianek – seria nawilżająca

W ostatnich miesiącach seria nawilżająca Vianka jakoś tak sama zaczęła pojawiać się w moich rękach. Tu odżywka i krem do rąk na promocji za niemal połowę cenę, tu w aptece spora promocja na zestaw toniku z kremem na noc, krem do stóp pojawił się w jednym z Joyboxów. Wiecie jak to jest, gromadzi się i gromadzi a później jak się robi porządki to nagle jest zaskoczenie, że nazbierało się aż tyle.

Pierwsze co mogę powiedzieć o niebieskiej serii to praktycznie brak zapachu. W porównaniu, chociażby z serią odżywczą, która słodkim aromatem powala na kolana różnica jest gigantyczna. To nie tak, że te produkty zapachu nie mają, ale jest bardzo delikatny i trzeba się naprawdę „wwąchać”, żeby coś poczuć. Trudno mi właściwie powiedzieć czy to zaleta, czy wada. Lubię, kiedy moje włosy pachną po odżywce a nakładanie wieczorem kremu na dłonie czy stopy jest przy okazji przyjemną sesją aromaterapii jednak ma to w sumie również swoje zalety, używając innych pachnących produktów przynajmniej nie kłócą się zapachy.

IMG_20170323_120730.jpg

Co mogę powiedzieć o samych produktach. Odżywka do włosów jest naprawdę mocno nawilżająca. Z tego powodu przy skalpie na ogół nakładam Kallosa a na długość Vianka, bo na długości przepięknie odżywia, ale na całości robi efekt przeciążonych, niedomytych włosów. Włosy są prześlicznie wygładzone i miękkie w dotyku. Ma bardzo dobrą konsystencję, nie spływa z rąk, lecz też jest na tyle lejąca, że z łatwością nakłada się ją na włosy. Zazwyczaj po aplikacji zawijam włosy w ręcznik, zostawiam na 10 do 20 minut i wtedy daje najlepsze efekty.

Krem na noc jest treściwy i nieco zapycha. Nie podrażnił mnie ani nie uczulił. Wchłania się szybko, nie zostawia lepkiej warstwy i rzeczywiście fajnie nawilża suchą skórę. Aktualnie z racji dermatologicznej kuracji zużywam go do szyi, dekoltu oraz ciała i w tych rejonach też daje radę. Duży plus za opakowanie z pompką, które jest bardzo wygodne, higieniczne i pozwala z łatwością dozować preferowaną ilość produktu.

Nawilżający tonik-mgiełka jest na ten moment moim zdecydowanym faworytem spośród wszystkich toników, jakie w życiu używałam. Ma bardzo wygodny atomizer, wystarczą trzy psiknięcia i całe popiersie okryte jest miłą ale nie lepką warstewką – co przekłada się na sporą wydajność. Po dwóch miesiącach używania dopiero docieram do połowy butelki. Wchłania się szybko pozostawiając uczucie nawilżanie. Łagodzi napięcie i przywraca komfort. Stanowi idealną bazę do nałożenia kremu lub olejku.

Spodziewałam się, że krem do rąk i do stóp będą zupełnie identyczne. Tymczasem jest zupełnie inaczej. Krem do rąk jest dosyć lejący. Ma 5% mocznika co przekłada się na przyzwoite nawilżenie dłoni, lecz bez szaleństw. Odżywczy jest w tej kwestii dużo lepszy. Trzeba uważać z ilością, wchłania się szybko jeśli zaaplikuje się go niewiele, lepiej dołożyć niż później próbować rozprowadzić krem aż po łokcie. Jest trochę słaby na silne mrozy, jednak w cieplejsze zimowe dni sprawdza się całkiem nieźle. Krem do stóp mocznika ma 10%. Przy systematycznym, codziennym nakładaniu nawilża, ale zdecydowanie nie daje sobie rady ze stopami po 12 godzinach chodzenia w pracy. Na takie okazje mam zresztą mocniejszy krem, który używam do zadań specjalnych. Jest sporo gęstszy od kremu do rąk z tej serii, łatwo się go rozprowadza i szybko się wchłania. Lubię nałożyć go na stopy, założyć ciepłe skarpetki, wmasować nadmiar w dłonie i rano jedno i drugie mam odżywione i w świetnym stanie.

A wy, znacie i lubicie Vianka?

Dermatolog

Pierwsze trzy miesiące roku upłynęły mi pod znakiem realizowania noworocznego postanowienia. Zawzięłam się i błyskawicznie zaczęłam zapisywać się do wszystkich zaplanowanych lekarzy, żeby skontrolować swój stan żywotności. Ostatnia na liście była wizyta u dermatologa. Zbierałam się do niej jakoś od gimnazjum i nigdy nie było mi po drodze, żeby faktycznie poszukać jakiegoś gabinetu i się zapisać. Aż mi głupio, że zajęło mi to tyle czasu.

Być może nie jest to powszechnie znany fakt, ale pójście do dermatologa to największy koszmar kosmetykoholiczki. No ale wyrok zapadł i z okazji nadchodzącego Dnia Kobiet zafundowałam sobie wizytę. Pomógł mi w tym inny, bardzo zaufany lekarz, który polecił mi swoją znajomą. Inaczej nie wiem, czy tak szybko by mi to poszło.

Pani Kasia okazała się rzeczywiście niezwykle sympatyczna i kompetentna. Wysłuchała wszystko, co mam do powiedzenia, namacalnie sprawdziła stan mojej skóry (a okropnie się bałam, że trafię na typ „biurkowca”, który tylko zerknie na mnie z oddali). Później trochę zbladła, kiedy wysypałam jej na biurko niemal całą moją pielęgnacyjną kolekcję. Kolekcję, którą do tej pory uważałam za całkiem nieźle ogarniętą i bogatą. No cóż, mylić się jest rzeczą ludzką. Z bólem serca wysłuchałam a później i zrealizowałam polecenie pozbycia się całego tego bogactwa i zużycia do stóp albo oddania komuś. Wyrok? Łojotokowe zapalenie skóry, które dopingowane w wieku nastoletnim nieodpowiednią, hiper wysuszającą pielęgnacją przeciwtrądzikową (w którą byłam zaopatrywana na zasadnie, o! Promocja w Avonie to zamówię). Dzięki temu w wieku 21 lat mogę się pochwalić makabrycznie suchą skórą, łuszczącą się i piekącą. Czerwonymi plamami i niekończącymi się stanami zapalnymi. Dodatkowo przyplątała mi się drobna infekcja nabyta na basenie, o co zresztą tam nie trudno. Objawiała się nieprzyjemnym świądem, wysypką i łuszczeniem. Potrafiłam siedzieć i nieświadomie godzinami się drapać. Okropność.

IMG_20170310_101556.jpg

Oczywiście musiałam czegoś zapomnieć i na zdjęciu brakuje jeszcze robionego w aptece kremu do całego ciała.

Wydałam zawrotną sumę na opłacenie recepty (na którą w dużej mierze składały się leki na basenowe paskudztwo) i jedyne co mnie pocieszało to wizja pięknej skóry i oszczędności na pielęgnacji w przyszłości. Ponoć będzie mi do szczęścia wystarczał kram do twarzy, płyn micelarny, balsam do ciała i ewentualnie coś do rąk/stóp/ust. Tak więc dorobiłam się całkowicie nowego kompletu pielęgnacyjnych przyjemności, zobaczymy, jakie będą pierwsze efekty za miesiąc.

ŁZS jest chorobą nawracającą i każdy pacjent ma indywidualnie dobraną terapię dlatego proszę aby nikt nie sugerował się nazwami z tubek i leczył się samodzielnie. Choroba ta jest dodatkowo podżegana przez stres, zanieczyszczone powietrze i niewłaściwe nawyki pielęgnacyjne więc jako mieszkanka sporego miasta z wieczną nerwicą nastawiam się na długą walkę z której, mam nadzieję, wyjść zwycięsko. W końcu jest o co walczyć, kto nie marzy o czystej, gładkiej, zdrowej skórze? A za miesiąc pierwsze sprawozdanie z efektów 🙂

Uwaga, drastyczne zdjęcia!

Stan na początku leczenia, dzień 1:

IMG_20170311_222956
Można zauważyć, że totalnie cierpię na brak odpowiedniej ściany i światła robienia zdjęć. Prawa strona prezentuje się najlepiej, kilka małych grudek na lini żuchwy, czasem drobne niespodzianki tuż przy włosach.
IMG_20170311_223104
Pełen przegląd problemów. Paskudne zaczerwienienia wokół nosa i ust, łuszczące się. ściągnięta skóra, wszystkie możliwe typy wyprysków.
IMG_20170311_223118
Lewy profil znacznie gorszy. Oprócz wysypu na żuchwie, zaatakowane policzki i czoło.