Dermatolog

Pierwsze trzy miesiące roku upłynęły mi pod znakiem realizowania noworocznego postanowienia. Zawzięłam się i błyskawicznie zaczęłam zapisywać się do wszystkich zaplanowanych lekarzy, żeby skontrolować swój stan żywotności. Ostatnia na liście była wizyta u dermatologa. Zbierałam się do niej jakoś od gimnazjum i nigdy nie było mi po drodze, żeby faktycznie poszukać jakiegoś gabinetu i się zapisać. Aż mi głupio, że zajęło mi to tyle czasu.

Być może nie jest to powszechnie znany fakt, ale pójście do dermatologa to największy koszmar kosmetykoholiczki. No ale wyrok zapadł i z okazji nadchodzącego Dnia Kobiet zafundowałam sobie wizytę. Pomógł mi w tym inny, bardzo zaufany lekarz, który polecił mi swoją znajomą. Inaczej nie wiem, czy tak szybko by mi to poszło.

Pani Kasia okazała się rzeczywiście niezwykle sympatyczna i kompetentna. Wysłuchała wszystko, co mam do powiedzenia, namacalnie sprawdziła stan mojej skóry (a okropnie się bałam, że trafię na typ „biurkowca”, który tylko zerknie na mnie z oddali). Później trochę zbladła, kiedy wysypałam jej na biurko niemal całą moją pielęgnacyjną kolekcję. Kolekcję, którą do tej pory uważałam za całkiem nieźle ogarniętą i bogatą. No cóż, mylić się jest rzeczą ludzką. Z bólem serca wysłuchałam a później i zrealizowałam polecenie pozbycia się całego tego bogactwa i zużycia do stóp albo oddania komuś. Wyrok? Łojotokowe zapalenie skóry, które dopingowane w wieku nastoletnim nieodpowiednią, hiper wysuszającą pielęgnacją przeciwtrądzikową (w którą byłam zaopatrywana na zasadnie, o! Promocja w Avonie to zamówię). Dzięki temu w wieku 21 lat mogę się pochwalić makabrycznie suchą skórą, łuszczącą się i piekącą. Czerwonymi plamami i niekończącymi się stanami zapalnymi. Dodatkowo przyplątała mi się drobna infekcja nabyta na basenie, o co zresztą tam nie trudno. Objawiała się nieprzyjemnym świądem, wysypką i łuszczeniem. Potrafiłam siedzieć i nieświadomie godzinami się drapać. Okropność.

IMG_20170310_101556.jpg

Oczywiście musiałam czegoś zapomnieć i na zdjęciu brakuje jeszcze robionego w aptece kremu do całego ciała.

Wydałam zawrotną sumę na opłacenie recepty (na którą w dużej mierze składały się leki na basenowe paskudztwo) i jedyne co mnie pocieszało to wizja pięknej skóry i oszczędności na pielęgnacji w przyszłości. Ponoć będzie mi do szczęścia wystarczał kram do twarzy, płyn micelarny, balsam do ciała i ewentualnie coś do rąk/stóp/ust. Tak więc dorobiłam się całkowicie nowego kompletu pielęgnacyjnych przyjemności, zobaczymy, jakie będą pierwsze efekty za miesiąc.

ŁZS jest chorobą nawracającą i każdy pacjent ma indywidualnie dobraną terapię dlatego proszę aby nikt nie sugerował się nazwami z tubek i leczył się samodzielnie. Choroba ta jest dodatkowo podżegana przez stres, zanieczyszczone powietrze i niewłaściwe nawyki pielęgnacyjne więc jako mieszkanka sporego miasta z wieczną nerwicą nastawiam się na długą walkę z której, mam nadzieję, wyjść zwycięsko. W końcu jest o co walczyć, kto nie marzy o czystej, gładkiej, zdrowej skórze? A za miesiąc pierwsze sprawozdanie z efektów 🙂

Uwaga, drastyczne zdjęcia!

Stan na początku leczenia, dzień 1:

IMG_20170311_222956
Można zauważyć, że totalnie cierpię na brak odpowiedniej ściany i światła robienia zdjęć. Prawa strona prezentuje się najlepiej, kilka małych grudek na lini żuchwy, czasem drobne niespodzianki tuż przy włosach.
IMG_20170311_223104
Pełen przegląd problemów. Paskudne zaczerwienienia wokół nosa i ust, łuszczące się. ściągnięta skóra, wszystkie możliwe typy wyprysków.
IMG_20170311_223118
Lewy profil znacznie gorszy. Oprócz wysypu na żuchwie, zaatakowane policzki i czoło.
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s