Dermatolog – odsłona druga

Pierwszy miesiąc okazał się bardzo burzliwy. Pierwsze trzy tygodnie były cudowne. Kuracja rozpoczęła się bardzo dobrze, Pharmaceris podbił moje serce genialnym nawilżeniem, lekkością, SPF i szkoda tylko, że 30 ml starczyło na niecały miesiąc. Differin powoli działał na wypryski, wyciągał na zewnątrz i ładnie goił. W ciągu krótkiej chwili zostało tylko kilka paskudztw na brodzie, żuchwie i pojedyncze na czole. Przyjemna odmiana po tylu miesiącach. Pimafucort ładnie poradził sobie z zaczerwienionymi okolicami ust i nosa.

Widać było, że skóra odżywa i oczyszcza się. Zero suchych skórek, widocznie zmniejszone zaczerwienienia, mniej wyprysków. W dni, kiedy nie szłam do pracy albo tylko na chwilę na uczelnię pozwalałam sobie na tylko odrobinę korektora i pomalowanie oczu dla przyjemności. Zwyczajnie nie czułam potrzeby, żeby ukrywać się za warstwą podkładu. Wydawało mi się, że wszystkie moje skórne problemy to już przeszłość aż do pierwszego kwietnia.

W prima aprilis zażartował ze mnie własny organizm i do dziś nie wiem jak do tego doszło. Większość dnia spędziłam w pracy i mijając lustra widziałam, że jakieś tam pojedyncze skórki się pojawiły ale trudno żeby nie, po dziesięciu godzinach w sklepie z klimatyzacją i suchym powietrzem. Wieczorem, po zmyciu makijażu już wiedziałam, że całe dotychczasowe leczenie poszło na marne. Alergia (nie mam pojęcia, na co tym razem, uroki życia alergika) sprawiła, że cała moja twarz była ściągnięta i czerwona wokół ust, w promieniu mniej więcej czterech centymetrów miałam grubą łuskę, wręcz skorupę z zaognionej, wysuszonej skóry. Dramat, klęska i masakra. Pół nocy spędziłam z okładami z rumianku na twarzy, karmiąc się podwójną dawką tabletek na alergię i wapnem. Akurat tego dnia rano wykończyłam Pharmacerisa i Pimafucort i na wieczór miałam już krem Dermedic Hydrain3 z Pimafucinem. Jak na złość, Dermedic kompletnie sobie z suchością nie radził. Może na większości twarzy tak, ale na skorupie osadzał się tylko i zupełnie jej nie ruszał.

Kilka dni się wahałam, okropnie cierpiąc, aż w końcu odrzuciłam listę kosmetyków od dermatologa i wróciłam do sprawdzonych naprawiaczy. W ruch poszedł napar z nagietka, glutek lniany i własnoręcznie ukręcone mazidło z masła Shea, oleju z pestek ze śliwek, olejku Arganowego, oleju z wiesiołka i odrobiny naparu. Wróciłam również do Amadermu, który zdecydowanie lepiej nawilżał od Dermedica i do peelingów enzymatycznych na zmianę z silikonową myjką do twarzy z Rossmanna. W tydzień udało mi się wrócić mniej więcej do stanu przed wizytą u dermatologa. Maski z mazidła w połączeniu z glutkiem może i były mega czasochłonne, ale udało im się odżywić skórę i ukoić miejsca, gdzie myjką ściągałam łuskę. Pozostał jedynie fatalny wysyp, ale za to obarczam winą za małe nawodnienie organizmu (dopadło mnie jak zawsze w najbardziej zabieganym momencie życia, kiedy ledwo miałam czas, żeby spać). Podejrzewam też mleko, bo ostatnio wróciłam do jedzenia rano owsianek na mleku. Owsianki wspaniale radziły sobie z głodem, ale za to skóra ucierpiała.

Obecnie odstawiłam Amaderm i wróciłam do lżejszego Dermedica. Dzień zaczynam od nałożenia na zwilżoną twarz mazidła z olejków. Po umyciu twarzy na wilgotną od toniku z Vianka albo naparu z nagietka skórę nakładam trochę olejku Arganowego, następnie krem, krem pod oczy, Pimafucin i dopiero makijaż. Wieczorem demakijaż wodą z Biolaven albo Dermedica, później na demakijaż oczu olejkiem z Vianka, delikatne mycie twarzy silikonową myjką i pianką z Białego Jelenia, tonik z Vianka/napar z nagietka, odrobina oleju z pestek śliwek, krem i Differin. Co drugi dzień glutek lniany. Idzie ku lepszemu. Differin i olejek Arganowy radzą sobie z wypryskami i chociaż wyciągają wszystko na zewnątrz widzę, że jeszcze trochę i twarz się znowu oczyści. Mazidło, glutek i olejek w połączeniu z masażem myjką zapobiegają skórkom i chociaż jeszcze trochę ich jest to jest już dużo lepiej w porównaniu do katastrofy z połowy miesiąca. Zważając, że około miesiąca zajmuje cykl regeneracyjny skóry jestem dobrej myśli.

Zestaw na rano:

IMG_20170416_144324IMG_20170416_144516

Zestaw na wieczór:

IMG_20170416_144725IMG_20170416_144851IMG_20170416_144937

Ulubieńcy marca

Zmęczona zimą zawsze niecierpliwie wyczekuję marca. W lutym wciąż jeszcze zima straszy porannym mrozem ale w marcowym słońcu już czuć to upragnione wiosenne ciepło.

Zdecydowanym faworytem wśród marek królujących na mojej półce okazał się w marcu Vianek. Zakochałam się w tym pięknym kwiatowym dizajnie, fantastycznych zapachach i naturalnych składach. Olejek do demakijażu zastąpił mi olej kokosowy, bo opakowanie z pompką jest mega wygodne. Po wcierce mam wspaniały wysyp baby hair, tonik w sumie jakiś niesamowitych efektów nie daje, ale uprzyjemnia mi wieczorne rytuały. Krem do rąk zwala z nóg zapachem, o czym już wspominałam w jednym z poprzednich postów. Natomiast balsam z Neutrogeny ma bardo przyjemny, delikatny zapach i pomimo delikatnej formuły, dobrze nawilża usta.

nowe zdjęcia.jpg

Pielęgnację twarzy zdominowały w marcu produkty polecone przez dermatologa. Krem kojący z Pharmaceris zwodzi lekką konsystencją, a tymczasem naprawdę porządnie nawilża moją skórę i dobrze współpracuje z makijażem. Jaka szkoda, że tubka wystarcza jedynie na miesiąc… To samo mogę powiedzieć o duecie z Cetaphilu, balsam od mycia twarzy delikatnie oczyszcza pozostawiając uczucie nawilżenia, a balsam koi podrażnioną skórę. Póki co zużywam próbki ale z pewnością zdecyduję się na pełnowymiarowe opakowania.

Nie mogłabym również nie wspomnieć też o moich dwóch makijażowych odkryciach! Przyjemne ciepło za oknem nie zmusza już do nakładania bezustannie odżywczych balsamów i można dać się uwieść kolorowym pomadkom — zwłaszcza, że rynek obfituje ostatnio w coraz bardziej udane kolekcje w przystępnych cenach. Ja całkowicie poddałam się urokowi matowej pomadki z Delii w kolorze 04 Elizabeth i nowego odcienia z serii Exstra Lasting od Lovely o numerze 05. Oba to przepiękne chłodne róże, ten od Lovely to podkręcony kolor moich ust, idealny na co dzień, natomiast kolor Elizabeth idzie bardziej w kierunku seksownego bordo/czerwieni. Oba zasychają do idealnego matu nie ściągając ust a nałożone pędzelkiem zamiast aplikatora są niemalże niewyczuwalne na ustach. Oba są w stanie wytrzymać niemal cały dzień o ile nie je się nic zbyt tłustego. Są też całusoodporne co jest niezaprzeczalną zaletą, kiedy na wiosnę zaczynają rozkwitać gorętsze uczucia.

ulubieńcy.jpg

Ostatnim faworytem, tym razem niekosmetycznym, są orzechy i suszone owoce. W marcu odkryłam, że w sklepie, który mam po drodze na uczelnie można kupić bakalie na wagę w naprawdę świetnych cenach. Od tamtej pory zamiast słodyczami zajadam się suszonym imbirem, który przy okazji świetnie wpływa na odporność i trawienie, białą morwą, która bezlitośnie zabija poczucie głodu oraz mieszanką rozmaitych orzechów i migdałów, które dostarczają całe mnóstwo dobroci dla organizmu. Pycha!