Dermatolog – odsłona trzecia

Kwiecień na szczęście był dla mnie dużo łaskawszy od marca pomimo fatalnego początku. Zdaje się, że ogarnęłam już nieco temat ŁZS i łatwiej mi jest podejmować kosmetyczne i żywieniowe decyzje tak, aby uniknąć fatalnych konsekwencji.

To nie był to dla mojej skóry łatwy miesiąc. Sporo stresu, sporo fastfoodów, mnóstwo godzin spędzonych w pracy gdzie ciągle coś ociera mi się o twarz. Pojawiła się również zmiana wody na wycieczce do Lwowa, sporo kulinarnych eksperymentów i dwukrotna przyjemność maratonu niemycia twarzy w 12-godzinnej podróży autokarem do i ze Lwowa. I o ile w dniu wyjazdu udało mi się znaleźć chwilkę, żeby przed podróżą umyć się i nałożyć wszystko od nowa, o tyle w dniu powrotu miałam makijaż na twarzy dobre 30 godzin… Sporą rolę odegrały tu miniaturki kremu i żelu do mycia marki Cetaphil.

IMG_20170504_124215

Wspominałam o nich już wcześniej, ale stosowałam je tylko epizodycznie a tu weszły do codziennego użytku. Ich wspaniałe działanie sprawiły, że jestem zdecydowana zakupić pełnowymiarowe wersje. Do żelu trzeba się przekonać, po umyciu zostawia ochronną warstewkę dającą uczucie zupełnie jakby się miało odrobinę wosku na twarzy. Na szczęście, chociaż jest to nieco irytujące przez kilka pierwszych aplikacji, później wygrywa przyzwyczajenie. Krem jest lekki, świetnie się wchłania i nawilża na długie godziny. Poważnie, po 12 godzinach w autokarze z klimatyzacją i innymi bajerami, niekoniecznie korzystnymi dla cery, miałam zaledwie kilka suchych skórek w okolicach ust – a byłam przygotowana na nawrót skorupki i ponownej walki o gładką skórę, nie wspominając już o przebarwieniach.

W mojej kosmetyczce pojawiło się również kilka nowości, które okazały się naprawdę fantastyczne! Na noc zaczęłam nakładać Kerium DS od La Roche Posay, który jest strzałem w dziesiątkę. Przez noc pięknie koi skórę i widzę jak powoli działa na przebarwienia. Nie jest najtańszy (jak ostatnio wszystkie kosmetyki pielęgnacyjne, które nabywam – jak widać moja skóra ma drogi gust) ale działanie rekompensuje ból spowodowany pustkami w portfelu. Zdecydowałam się również zainwestować w kilka drobiazgów z Ministerstwa Dobrego Mydła skuszona świetnymi efektami oleju z pestek śliwki, jaki znalazł się w jednym z Joy Boxów.

Aktualna rutyna pielęgnacyjna przedstawia się więc tak: rano hydrolat rumiankowy, olej malinowy, krem Cetaphil i czasem krem pod oczy Dermedic. Wieczorem na umytą twarz Kerium DS, balsam do ust i nic więcej mi nie jest do szczęścia potrzebne. Jak widać krem z Dermedica poszedł w odstawkę i najpewniej trafi do pudełka z kosmetykami u teściów, gdzie mam mały składzik na te dni, kiedy tam nocuję. Nie mogę powiedzieć, że jest zły, ale sporo brakuje mu do mojego ideału, perfekcyjnie nada się dla kogoś potrzebującego sporego nawilżenia, ale bez większych problemów ze skórą, które ja niestety posiadam.

I chociaż na zdjęciach nie widać jakiegoś szczególnego postępu w kwestii kolorytu czy wyprysków muszę przyznać, że skóra jest dużo gładsza, miękka i przyjemna w dotyku. Przy okazji okresu zamiast szalonego wysypu wylazło tylko kilka drobnych niespodzianek, wszystko zresztą goi się dużo szybciej. Misja na maj? Zważywszy, że słoneczko zaczęło mocniej przygrzewać, chyba czas rozejrzeć się za czymś z filtrem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s