Ulubieńcy marca

Zmęczona zimą zawsze niecierpliwie wyczekuję marca. W lutym wciąż jeszcze zima straszy porannym mrozem ale w marcowym słońcu już czuć to upragnione wiosenne ciepło.

Zdecydowanym faworytem wśród marek królujących na mojej półce okazał się w marcu Vianek. Zakochałam się w tym pięknym kwiatowym dizajnie, fantastycznych zapachach i naturalnych składach. Olejek do demakijażu zastąpił mi olej kokosowy, bo opakowanie z pompką jest mega wygodne. Po wcierce mam wspaniały wysyp baby hair, tonik w sumie jakiś niesamowitych efektów nie daje, ale uprzyjemnia mi wieczorne rytuały. Krem do rąk zwala z nóg zapachem, o czym już wspominałam w jednym z poprzednich postów. Natomiast balsam z Neutrogeny ma bardo przyjemny, delikatny zapach i pomimo delikatnej formuły, dobrze nawilża usta.

nowe zdjęcia.jpg

Pielęgnację twarzy zdominowały w marcu produkty polecone przez dermatologa. Krem kojący z Pharmaceris zwodzi lekką konsystencją, a tymczasem naprawdę porządnie nawilża moją skórę i dobrze współpracuje z makijażem. Jaka szkoda, że tubka wystarcza jedynie na miesiąc… To samo mogę powiedzieć o duecie z Cetaphilu, balsam od mycia twarzy delikatnie oczyszcza pozostawiając uczucie nawilżenia, a balsam koi podrażnioną skórę. Póki co zużywam próbki ale z pewnością zdecyduję się na pełnowymiarowe opakowania.

Nie mogłabym również nie wspomnieć też o moich dwóch makijażowych odkryciach! Przyjemne ciepło za oknem nie zmusza już do nakładania bezustannie odżywczych balsamów i można dać się uwieść kolorowym pomadkom — zwłaszcza, że rynek obfituje ostatnio w coraz bardziej udane kolekcje w przystępnych cenach. Ja całkowicie poddałam się urokowi matowej pomadki z Delii w kolorze 04 Elizabeth i nowego odcienia z serii Exstra Lasting od Lovely o numerze 05. Oba to przepiękne chłodne róże, ten od Lovely to podkręcony kolor moich ust, idealny na co dzień, natomiast kolor Elizabeth idzie bardziej w kierunku seksownego bordo/czerwieni. Oba zasychają do idealnego matu nie ściągając ust a nałożone pędzelkiem zamiast aplikatora są niemalże niewyczuwalne na ustach. Oba są w stanie wytrzymać niemal cały dzień o ile nie je się nic zbyt tłustego. Są też całusoodporne co jest niezaprzeczalną zaletą, kiedy na wiosnę zaczynają rozkwitać gorętsze uczucia.

ulubieńcy.jpg

Ostatnim faworytem, tym razem niekosmetycznym, są orzechy i suszone owoce. W marcu odkryłam, że w sklepie, który mam po drodze na uczelnie można kupić bakalie na wagę w naprawdę świetnych cenach. Od tamtej pory zamiast słodyczami zajadam się suszonym imbirem, który przy okazji świetnie wpływa na odporność i trawienie, białą morwą, która bezlitośnie zabija poczucie głodu oraz mieszanką rozmaitych orzechów i migdałów, które dostarczają całe mnóstwo dobroci dla organizmu. Pycha!

Reklamy

Rimmel Primer Stay Matte

Cześć 🙂

Przyznam szczerze, że okropnie bałam się tego primera. Opinie w internecie są skrajne, niektórzy go uwielbiają inni twierdzą, że bardziej szkodzi niż pomaga. Obawy budziła we mnie kwestia matowania przy skrajnie suchej skórze – zazwyczaj staram się unikać matujących produktów z wyjątkiem odrobiny pudru, bo mają w zwyczaju robić mi paskudną łuskę na twarzy. A jak powszechnie wiadomo, stylówka na jaszczurkę uchodzi tylko w Halloween. Uległam pokusie podczas promocji -40% w Naturze, kiedy doszłam do wniosku, że jestem skłonna poświęcić te kilka groszy i zaryzykować niewypał. W cenie regularnej raczej bym szukała dalej. Na całe szczęście baza nie robi żadnego kukuk tylko ładnie matuje twarz. Swoje zasługi ma w tym zapewne też olej kokosowy, którym wieczorami doprowadzam twarz do ładu i mocno nawilża. Co do primera, trzyma się na mojej twarzy koło 8h później trzeba się przypudrować i w sumie do wieczora daje radę. Jak dla mnie bomba, jedna poprawka w ciągu dnia i do wieczora można się cieszyć pewnością, że się nie świeci. Wydajność też całkiem niezła, mi wystarczą cztery kropeczki wielkości główki od zapałki w strategicznych miejscach. Póki co nie odnalazłam żadnych minusów 🙂

Trzymajcie się!

IMG_20161025_105504.jpg

Październikowe szaleństwo

Cześć 🙂

Październik w opozycji do września za obfitował w liczne kosmetyczne zakupy w czego efekcie, jeśli tylko ruszę swój leniwy tyłek, powstanie sporo recenzji. Po części przyczyniła się do tego słynna promocja w Rossmannie, choć muszę przyznać, że w tym roku nie uległam jej aż tak bardzo. Zwyczajnie większość kosmetyków potrzebnych na co dzień mam a przez brak pracy (i przez to gotówki) nie wgłębiałam się zbytnio w zawartość półek. Szczerze mówiąc, decyzję co kupić podjęłam na stronie rossnettu, tam też złożyłam zamówienie, które następnego dnia odebrałam – do tego ograniczyło się moje zaangażowanie w promocję. Nie mniej, pracę w końcu znalazłam a po kilku nerwowych tygodniach układania sobie życia udało mi się jakoś połączyć studia i pracę tak, żeby nie dość, że mieć za co żyć to jeszcze, kiedy żyć. Nie powiem, nie było łatwo, ale logistyka nie zawiodła i spokojnie mogłam sobie wynagrodzić trudy małym zakupowym szaleństwem – choć aktualnie żałuję, że kilku rzeczy nie kupiłam. Szczęśliwie, na wiosnę promocja powinna znów się odbyć. Na wszystko przyjdzie czas.

img_20161020_155026img_20161020_155127

W pierwszym rzucie przedstawiam Wam zdobycze z ów wspomnianej promocji. Nie jest tego dużo, w tym sezonie postawiłam na nawilżenie ust i sprawdzone kosmetyki. Przede wszystkim zaopatrzyłam się w balsamy do ust. Postawiłam na Neutrogenę (Formuła Norweska z Maliną Nodrycką), Himalaya Herbals – balsam intensywnie nawilżający oraz Nivea Strawberry Shine. W przypadku Neutrogeny dobrze nakłada się ją na usta, sztyft jest miękki ale stabilny, nie mam z nią takiego problemu, jak z balsamem z Alterry, który notorycznie rozpływa mi się w sztyfcie i chybocze przy każdym użyciu. Ma delikatny, lekko malinowy zapach, który niestety zalatuje sztucznością, ale też jest zupełnie nienachalny. Na minus zaliczam opakowanie ze zbyt cienkiego plastiku, już na drugi dzień na skuwce pojawiły się drobne pęknięcia od samego zamykania. Obawiam się za jakiś czas balsam może się sam otwierać z tego powodu. Z marką Himalaya Herbals zetknęłam się po raz pierwszy. Już wcześniej widziałam reklamy ich produktów ale dopiero teraz skusiłam się na co nieco. Pozytywnie zaskoczył mnie zapach sztyftu, ciasteczkowy, bardzo przyjemny. Produkt jednak nakłada się nieco tępo, ale bez dramatu. Wystarczy lekkie ogrzanie. Plusik za opakowanie, jest estetyczne i na tyle „męskie”, że nawet mój mężczyzna otrzymał własny egzemplarz i używa go – co jest gigantycznym osiągnięciem. Nivei chyba nie muszę nikomu przedstawiać. Po otwarciu balsamu nieco przeraziłam się widokiem drobinek ale na szczęście na ustach są zupełnie niewidoczne. Zapach jest cudowny, świeża, soczysta truskawka. Balsam zamieszkał w piórniki i ten bajeczny aromat budzi mnie do życia przy sennej aurze wykładów. Balsam daje delikatny kolor jednak niemal całkowicie niezauważalny. Co do kwestii pielęgnacyjnych, co jest w tym wypadku najistotniejsze, wszystkie trzy produkty spełniają swoją funkcję. Zarówno Neutrogena jak i Nivea zostawiają na ustach wyczuwalną warstewkę balsamu, która długo utrzymuje się na wargach. Himalaya Herbals z racji bardziej twardego sztyftu daje mniej produktu przy nakładaniu, ale może to być zaletą dla osób, które nie lubią czuć, że mają na ustach jakiś produkt. Ja mimo wszystko lubię mieć to poczucie „poślizgu” kiedy pocieram o siebie wargami.

img_20161020_154938

Czas obkupywania się w kolorówkę do oczu pominęłam, zaopatrzywszy się wcześniej w dwie paletki w Naturze, a w końcowym etapie zakupiłam zaledwie dwa korektory. Oba znane mi od dawna i lubiane. Pierwszy z nich to korektor w kredce od Wibo z numerem 3, czyli zielony. Fantastycznie zakrywa punktowe zaczerwienienia i wypryski, kredka jest wygodna w użytku a krycie długo się utrzymuje. Nakładam go zazwyczaj na bazę pod makijaż i po dodaniu BB Creamu już się nie straszy twarzą. Drugi to kółeczko, również od Wibo. Wcześniej używałam poczwórnej paletki z Lovely, która ładnie komponowała się z cerą jednak była zupełnie nietrwała. Małe okienka utrudniały również nabieranie produktu. W przypadku kółeczka uzyskujemy fantastyczne krycie, które potrafi się utrzymać w większości przez 10h pobytu na uczelni co uważam za niezłe osiągnięcie. Różowy kolor świetnie sprawdza się pod oczami a w dniach lenistwa, przypudrowany w połączeniu z tuszem, robi mi za cały makijaż oka. Rozjaśnia, ujednolica cerę, ukrywa efekty nieprzespanych nocy.

To by było na wszystko. Dziękuję Wam za uwagę i mam nadzieję, że w rezultacie ogarnięcia rozkładu tygodnia, wpisy znów zaczną pojawiać się bardziej regularnie.
Miłego dnia! 🙂

ODKRYCIA MAJA

Czas na kolejne podsumowanie miesiąca. Ciężko mi było wybrać tylko kilka rzeczy, ponieważ odkąd pracuję w centrum handlowym to sami rozumiecie, ciężko jest przejść obojętnie obok trzech fajnych drogerii obok siebie. Zwłaszcza kiedy wciąż ma się wymówkę, że jeszcze nie znalazłam kremu idealnego i tylko testując odnajdę ten jedyny. Tak samo wygląda sytuacja z zakupami z Chin, przy czym dochodzi do tego jeszcze ekscytujące czekanie na przesyłkę. Uwielbiam czekać na listonosza z workiem paczek dla mnie. Przy okazji, wiem, że jakość zdjęć pozostawia wiele do życzenia ale Nikon chwilowo odmówił posłuszeństwa więc wspomagam się aparatem w szajsungu. Nie jest źle, ale mogłoby być lepiej. Do rzeczy:

20160606_103854Krem BB i kredka do brwi z Aliexpress

Dwa zakupy poczynione pod wpływem „ojej, to tylko kilka centów, taniej niż w tutaj”. Na całe szczęście są to zakupy całkowicie satysfakcjonujące. Słynny krem z BB i kredka do brwi z Aliexpress. Krem ma w końcu ładnie dobrany odcień do mojej skóry i zaskakująco dobre krycie oraz trwałość. Do kredki natomiast musiałam się przekonać i nauczyć się jej obsługi, do tej pory używałam tylko cieni do brwi. Od kiedy ogarnęłam co i jak, jest moją wielką miłością i brwi się nią robi w dwie sekundy a wiadomo – szybszy makijaż = więcej snu.

20160606_104034Green Pharmacy, Przeciwzmarszczkowy krem odżywczy `Róża`

Krem jest moją wielką miłością. Wielką, bo po pierwsze ma fantastycznie wielką pojemność i zadziwiająco małą zużywalność, po drugie, fenomenalny zapach! Przypomina mi aromat konfitury z róży z czasów mojego dzieciństwa i lubię czasami pójść do łazienki tak po prostu sobie go powąchać. W dodatku pozostawia twarz super nawilżoną i odżywioną, cudownie gładką. W 99% mój ideał.

20160606_104046Golden Skin Care, Hialuronowe Nawilżenie, Serum do twarzy, szyi i dekoltu

Serum jest moim hitem. Nakładam je rano po toniku, na nie krem i zapominam o suchych skórkach. w Dodatku kosztuje grosze bo na promocji upolowałam je za pięć złotych z groszami i po dwóch dniach wróciłam się po drugie opakowanie. Zastanawiam się tylko dlaczego tak długo czekałam z tym aby je kupić? Oszczędziłoby mi to wiele czasu spędzonego nad rozpaczaniem przed lustrem.

20160606_104112Żel ze świetlikiem i chabrem bławatkiem do powiek

I ostatni ulubieniec, czyli żel pod oczy z Flosleku. Odkąd zaczęłam pracować zdarzało mi się spędzić 13h przed komputerem. Możecie sobie wyobrazić, w jakim stanie były później moje oczy z sześcioma minusami w okularach. Żel ładnie ukoił i uspokoił wszelkie zaczerwienienia i pieczenie. Jestem w nim totalnie zakochana!

I to już wszystko, z racji miliona promocji i słabej woli w podsumowaniu czerwca możecie się spodziewać miliona recenzji 😉

Paletki MySecret

Cześć!

Jakiś czas temu skusiłam się na zakup kilku paletek z MySecret. Teraz, po kilku tygodniach testowania, z czystym sumieniem mogę opowiedzieć co i jak.

MY SECRET (5)Złoto jak widać jest troszkę różowawe i przepiękne. Ostatni kolor natomiast jest bardzo dziwny, można by pomyśleć, że to brąz ale ma w sobie coś fioletowego w dodatku z domieszką szarości – śliczny!

MY SECRET „AUTUMN BLOSSOMS”
Zacznę od wersji fioletowej, bo to od niej się zaczęło. Znalazłam ją na dnie szafy w Naturze za 6zł, kiedy zdaje się, po prostu pozbywali się końcówki kolekcji. Do fioletów miałam zawsze mieszane uczucia, może dlatego, że zawsze trafiałam na jakieś takie niedopasowane do mnie, ale złoty i brązik trafiły do mojego serca więc paletkę wrzuciłam do koszyka. Jakież było moje zdumienie, kiedy zaczęłam malować się fioletem i różem i wyglądałam jak człowiek, a nie zapłakany królik. W dodatku cienie trzymają się cały dzień bez bazy (w moim przypadku mniej więcej od godziny 6 do 22), nie rolują się w zagięciach powieki i mają naprawdę ładną pigmentację.

MY SECRET „DESIGN YOUR EYEBROW”
Od jakiegoś czasu zaczęłam bawić się w malowanie brwi, bo wcześniej jakoś tak zawsze drażnił mnie widok mocnych brwi na mojej twarzy z racji tego, że są naturalnie grube, ale obejrzałam milion filmików na YT i zaczęło mi to coraz naturalniej wychodzić więc stwierdziłam, że przydałaby się jakaś paletka do brwi z prawdziwego zdarzenia. Szczęśliwie zbiegło się to z wypuszczeniem paletki z My Secret. Razem z nią wyszła również paletka cieni w przyjemnych, codziennych kolorach więc przy okazji -40% obie trafił na listę zakupów.

MY SECRET (4)Nr 1 i 4 są ciepłe a używane przeze mnie 2 i 3 zimne. 1 i 4 są jednak na tyle nienachalnie ciepłe, że nic się ze sobą nie gryzie i wszystko ładnie łączy co w sumie sprawia, że to paletka uniwersalna.

Paletka do brwi okazała się strzałem w dziesiątkę. Kolory są chłodne, trudno sobie nimi zrobić krzywdę i równie dobrze powieki też możemy nimi pomalować. Tak też zużywam najciemniejszy i najjaśniejszy cień, bo średnio pasują do moich brwi.

MY SECRET (3)Słowo o aplikatorze – pierwszy raz się spotykam z aksamitnym. Może i nie jest najtrwalszy ale w kryzysowej sytuacji sprawdził się znacznie lesze niż ten zwyczajne. Szkoda tylko, że tak trudno go domyć i szybko się niszczy.

MY SECRET „DARK SIDE”
Cienie również mi się podobają, zwłaszcza najjaśniejszy. Do rozświetlania łuku brwiowego i kącika jest perfekcyjny jeśli ktoś tak jak ja nie przepada za brokatem i lśniącą taflą na twarzy. Cienie są matowe, dobrze się blendują. Czarnym, skośnym pędzelkiem idzie zrobić piękną miękką jaskółkę, która wytrzymuje cały dzień, kiedy zamarzy nam się odpocząć od ostrej linii eyelinera.

MY SECRET (6)MY SECRET (1)W dwóch różnych dniach z różnym światłem dla lepszego rozeznania.

Podsumowując, jestem jak najbardziej na tak. Pigmentacja świetna, cena wspaniała – około 13zł za dobrej jakości paletkę to dla mnie idealna cena, zwłaszcza że Natura ostatnimi czasy co miesiąc ma na nie konkretną promocję. No i jeszcze słowo o opakowaniu, co prawda trudno je otworzyć jedną ręką, ale są zrobione z porządnego plastiku, który się nie rozwala po tygodniu, napisy też trzymają się świetnie w przeciwieństwie na przykład do Kobo, gdzie z bronzera logo zdarło się po kilku dniach. À propos Kobo, paletki są w tym samym rozmiarze, przez co rozpływam się w zachwycie mogąc wszystko elegancko poukładać obok siebie i jest równo i harmonijnie. Ale to już taki mój mały fetysz na porządek 😉