Dermatolog – odsłona trzecia

Kwiecień na szczęście był dla mnie dużo łaskawszy od marca pomimo fatalnego początku. Zdaje się, że ogarnęłam już nieco temat ŁZS i łatwiej mi jest podejmować kosmetyczne i żywieniowe decyzje tak, aby uniknąć fatalnych konsekwencji.

To nie był to dla mojej skóry łatwy miesiąc. Sporo stresu, sporo fastfoodów, mnóstwo godzin spędzonych w pracy gdzie ciągle coś ociera mi się o twarz. Pojawiła się również zmiana wody na wycieczce do Lwowa, sporo kulinarnych eksperymentów i dwukrotna przyjemność maratonu niemycia twarzy w 12-godzinnej podróży autokarem do i ze Lwowa. I o ile w dniu wyjazdu udało mi się znaleźć chwilkę, żeby przed podróżą umyć się i nałożyć wszystko od nowa, o tyle w dniu powrotu miałam makijaż na twarzy dobre 30 godzin… Sporą rolę odegrały tu miniaturki kremu i żelu do mycia marki Cetaphil.

IMG_20170504_124215

Wspominałam o nich już wcześniej, ale stosowałam je tylko epizodycznie a tu weszły do codziennego użytku. Ich wspaniałe działanie sprawiły, że jestem zdecydowana zakupić pełnowymiarowe wersje. Do żelu trzeba się przekonać, po umyciu zostawia ochronną warstewkę dającą uczucie zupełnie jakby się miało odrobinę wosku na twarzy. Na szczęście, chociaż jest to nieco irytujące przez kilka pierwszych aplikacji, później wygrywa przyzwyczajenie. Krem jest lekki, świetnie się wchłania i nawilża na długie godziny. Poważnie, po 12 godzinach w autokarze z klimatyzacją i innymi bajerami, niekoniecznie korzystnymi dla cery, miałam zaledwie kilka suchych skórek w okolicach ust – a byłam przygotowana na nawrót skorupki i ponownej walki o gładką skórę, nie wspominając już o przebarwieniach.

W mojej kosmetyczce pojawiło się również kilka nowości, które okazały się naprawdę fantastyczne! Na noc zaczęłam nakładać Kerium DS od La Roche Posay, który jest strzałem w dziesiątkę. Przez noc pięknie koi skórę i widzę jak powoli działa na przebarwienia. Nie jest najtańszy (jak ostatnio wszystkie kosmetyki pielęgnacyjne, które nabywam – jak widać moja skóra ma drogi gust) ale działanie rekompensuje ból spowodowany pustkami w portfelu. Zdecydowałam się również zainwestować w kilka drobiazgów z Ministerstwa Dobrego Mydła skuszona świetnymi efektami oleju z pestek śliwki, jaki znalazł się w jednym z Joy Boxów.

Aktualna rutyna pielęgnacyjna przedstawia się więc tak: rano hydrolat rumiankowy, olej malinowy, krem Cetaphil i czasem krem pod oczy Dermedic. Wieczorem na umytą twarz Kerium DS, balsam do ust i nic więcej mi nie jest do szczęścia potrzebne. Jak widać krem z Dermedica poszedł w odstawkę i najpewniej trafi do pudełka z kosmetykami u teściów, gdzie mam mały składzik na te dni, kiedy tam nocuję. Nie mogę powiedzieć, że jest zły, ale sporo brakuje mu do mojego ideału, perfekcyjnie nada się dla kogoś potrzebującego sporego nawilżenia, ale bez większych problemów ze skórą, które ja niestety posiadam.

I chociaż na zdjęciach nie widać jakiegoś szczególnego postępu w kwestii kolorytu czy wyprysków muszę przyznać, że skóra jest dużo gładsza, miękka i przyjemna w dotyku. Przy okazji okresu zamiast szalonego wysypu wylazło tylko kilka drobnych niespodzianek, wszystko zresztą goi się dużo szybciej. Misja na maj? Zważywszy, że słoneczko zaczęło mocniej przygrzewać, chyba czas rozejrzeć się za czymś z filtrem.

Reklamy

Dermatolog – odsłona druga

Pierwszy miesiąc okazał się bardzo burzliwy. Pierwsze trzy tygodnie były cudowne. Kuracja rozpoczęła się bardzo dobrze, Pharmaceris podbił moje serce genialnym nawilżeniem, lekkością, SPF i szkoda tylko, że 30 ml starczyło na niecały miesiąc. Differin powoli działał na wypryski, wyciągał na zewnątrz i ładnie goił. W ciągu krótkiej chwili zostało tylko kilka paskudztw na brodzie, żuchwie i pojedyncze na czole. Przyjemna odmiana po tylu miesiącach. Pimafucort ładnie poradził sobie z zaczerwienionymi okolicami ust i nosa.

Widać było, że skóra odżywa i oczyszcza się. Zero suchych skórek, widocznie zmniejszone zaczerwienienia, mniej wyprysków. W dni, kiedy nie szłam do pracy albo tylko na chwilę na uczelnię pozwalałam sobie na tylko odrobinę korektora i pomalowanie oczu dla przyjemności. Zwyczajnie nie czułam potrzeby, żeby ukrywać się za warstwą podkładu. Wydawało mi się, że wszystkie moje skórne problemy to już przeszłość aż do pierwszego kwietnia.

W prima aprilis zażartował ze mnie własny organizm i do dziś nie wiem jak do tego doszło. Większość dnia spędziłam w pracy i mijając lustra widziałam, że jakieś tam pojedyncze skórki się pojawiły ale trudno żeby nie, po dziesięciu godzinach w sklepie z klimatyzacją i suchym powietrzem. Wieczorem, po zmyciu makijażu już wiedziałam, że całe dotychczasowe leczenie poszło na marne. Alergia (nie mam pojęcia, na co tym razem, uroki życia alergika) sprawiła, że cała moja twarz była ściągnięta i czerwona wokół ust, w promieniu mniej więcej czterech centymetrów miałam grubą łuskę, wręcz skorupę z zaognionej, wysuszonej skóry. Dramat, klęska i masakra. Pół nocy spędziłam z okładami z rumianku na twarzy, karmiąc się podwójną dawką tabletek na alergię i wapnem. Akurat tego dnia rano wykończyłam Pharmacerisa i Pimafucort i na wieczór miałam już krem Dermedic Hydrain3 z Pimafucinem. Jak na złość, Dermedic kompletnie sobie z suchością nie radził. Może na większości twarzy tak, ale na skorupie osadzał się tylko i zupełnie jej nie ruszał.

Kilka dni się wahałam, okropnie cierpiąc, aż w końcu odrzuciłam listę kosmetyków od dermatologa i wróciłam do sprawdzonych naprawiaczy. W ruch poszedł napar z nagietka, glutek lniany i własnoręcznie ukręcone mazidło z masła Shea, oleju z pestek ze śliwek, olejku Arganowego, oleju z wiesiołka i odrobiny naparu. Wróciłam również do Amadermu, który zdecydowanie lepiej nawilżał od Dermedica i do peelingów enzymatycznych na zmianę z silikonową myjką do twarzy z Rossmanna. W tydzień udało mi się wrócić mniej więcej do stanu przed wizytą u dermatologa. Maski z mazidła w połączeniu z glutkiem może i były mega czasochłonne, ale udało im się odżywić skórę i ukoić miejsca, gdzie myjką ściągałam łuskę. Pozostał jedynie fatalny wysyp, ale za to obarczam winą za małe nawodnienie organizmu (dopadło mnie jak zawsze w najbardziej zabieganym momencie życia, kiedy ledwo miałam czas, żeby spać). Podejrzewam też mleko, bo ostatnio wróciłam do jedzenia rano owsianek na mleku. Owsianki wspaniale radziły sobie z głodem, ale za to skóra ucierpiała.

Obecnie odstawiłam Amaderm i wróciłam do lżejszego Dermedica. Dzień zaczynam od nałożenia na zwilżoną twarz mazidła z olejków. Po umyciu twarzy na wilgotną od toniku z Vianka albo naparu z nagietka skórę nakładam trochę olejku Arganowego, następnie krem, krem pod oczy, Pimafucin i dopiero makijaż. Wieczorem demakijaż wodą z Biolaven albo Dermedica, później na demakijaż oczu olejkiem z Vianka, delikatne mycie twarzy silikonową myjką i pianką z Białego Jelenia, tonik z Vianka/napar z nagietka, odrobina oleju z pestek śliwek, krem i Differin. Co drugi dzień glutek lniany. Idzie ku lepszemu. Differin i olejek Arganowy radzą sobie z wypryskami i chociaż wyciągają wszystko na zewnątrz widzę, że jeszcze trochę i twarz się znowu oczyści. Mazidło, glutek i olejek w połączeniu z masażem myjką zapobiegają skórkom i chociaż jeszcze trochę ich jest to jest już dużo lepiej w porównaniu do katastrofy z połowy miesiąca. Zważając, że około miesiąca zajmuje cykl regeneracyjny skóry jestem dobrej myśli.

Zestaw na rano:

IMG_20170416_144324IMG_20170416_144516

Zestaw na wieczór:

IMG_20170416_144725IMG_20170416_144851IMG_20170416_144937

Ulubieńcy marca

Zmęczona zimą zawsze niecierpliwie wyczekuję marca. W lutym wciąż jeszcze zima straszy porannym mrozem ale w marcowym słońcu już czuć to upragnione wiosenne ciepło.

Zdecydowanym faworytem wśród marek królujących na mojej półce okazał się w marcu Vianek. Zakochałam się w tym pięknym kwiatowym dizajnie, fantastycznych zapachach i naturalnych składach. Olejek do demakijażu zastąpił mi olej kokosowy, bo opakowanie z pompką jest mega wygodne. Po wcierce mam wspaniały wysyp baby hair, tonik w sumie jakiś niesamowitych efektów nie daje, ale uprzyjemnia mi wieczorne rytuały. Krem do rąk zwala z nóg zapachem, o czym już wspominałam w jednym z poprzednich postów. Natomiast balsam z Neutrogeny ma bardo przyjemny, delikatny zapach i pomimo delikatnej formuły, dobrze nawilża usta.

nowe zdjęcia.jpg

Pielęgnację twarzy zdominowały w marcu produkty polecone przez dermatologa. Krem kojący z Pharmaceris zwodzi lekką konsystencją, a tymczasem naprawdę porządnie nawilża moją skórę i dobrze współpracuje z makijażem. Jaka szkoda, że tubka wystarcza jedynie na miesiąc… To samo mogę powiedzieć o duecie z Cetaphilu, balsam od mycia twarzy delikatnie oczyszcza pozostawiając uczucie nawilżenia, a balsam koi podrażnioną skórę. Póki co zużywam próbki ale z pewnością zdecyduję się na pełnowymiarowe opakowania.

Nie mogłabym również nie wspomnieć też o moich dwóch makijażowych odkryciach! Przyjemne ciepło za oknem nie zmusza już do nakładania bezustannie odżywczych balsamów i można dać się uwieść kolorowym pomadkom — zwłaszcza, że rynek obfituje ostatnio w coraz bardziej udane kolekcje w przystępnych cenach. Ja całkowicie poddałam się urokowi matowej pomadki z Delii w kolorze 04 Elizabeth i nowego odcienia z serii Exstra Lasting od Lovely o numerze 05. Oba to przepiękne chłodne róże, ten od Lovely to podkręcony kolor moich ust, idealny na co dzień, natomiast kolor Elizabeth idzie bardziej w kierunku seksownego bordo/czerwieni. Oba zasychają do idealnego matu nie ściągając ust a nałożone pędzelkiem zamiast aplikatora są niemalże niewyczuwalne na ustach. Oba są w stanie wytrzymać niemal cały dzień o ile nie je się nic zbyt tłustego. Są też całusoodporne co jest niezaprzeczalną zaletą, kiedy na wiosnę zaczynają rozkwitać gorętsze uczucia.

ulubieńcy.jpg

Ostatnim faworytem, tym razem niekosmetycznym, są orzechy i suszone owoce. W marcu odkryłam, że w sklepie, który mam po drodze na uczelnie można kupić bakalie na wagę w naprawdę świetnych cenach. Od tamtej pory zamiast słodyczami zajadam się suszonym imbirem, który przy okazji świetnie wpływa na odporność i trawienie, białą morwą, która bezlitośnie zabija poczucie głodu oraz mieszanką rozmaitych orzechów i migdałów, które dostarczają całe mnóstwo dobroci dla organizmu. Pycha!

Vianek – seria nawilżająca

W ostatnich miesiącach seria nawilżająca Vianka jakoś tak sama zaczęła pojawiać się w moich rękach. Tu odżywka i krem do rąk na promocji za niemal połowę cenę, tu w aptece spora promocja na zestaw toniku z kremem na noc, krem do stóp pojawił się w jednym z Joyboxów. Wiecie jak to jest, gromadzi się i gromadzi a później jak się robi porządki to nagle jest zaskoczenie, że nazbierało się aż tyle.

Pierwsze co mogę powiedzieć o niebieskiej serii to praktycznie brak zapachu. W porównaniu, chociażby z serią odżywczą, która słodkim aromatem powala na kolana różnica jest gigantyczna. To nie tak, że te produkty zapachu nie mają, ale jest bardzo delikatny i trzeba się naprawdę „wwąchać”, żeby coś poczuć. Trudno mi właściwie powiedzieć czy to zaleta, czy wada. Lubię, kiedy moje włosy pachną po odżywce a nakładanie wieczorem kremu na dłonie czy stopy jest przy okazji przyjemną sesją aromaterapii jednak ma to w sumie również swoje zalety, używając innych pachnących produktów przynajmniej nie kłócą się zapachy.

IMG_20170323_120730.jpg

Co mogę powiedzieć o samych produktach. Odżywka do włosów jest naprawdę mocno nawilżająca. Z tego powodu przy skalpie na ogół nakładam Kallosa a na długość Vianka, bo na długości przepięknie odżywia, ale na całości robi efekt przeciążonych, niedomytych włosów. Włosy są prześlicznie wygładzone i miękkie w dotyku. Ma bardzo dobrą konsystencję, nie spływa z rąk, lecz też jest na tyle lejąca, że z łatwością nakłada się ją na włosy. Zazwyczaj po aplikacji zawijam włosy w ręcznik, zostawiam na 10 do 20 minut i wtedy daje najlepsze efekty.

Krem na noc jest treściwy i nieco zapycha. Nie podrażnił mnie ani nie uczulił. Wchłania się szybko, nie zostawia lepkiej warstwy i rzeczywiście fajnie nawilża suchą skórę. Aktualnie z racji dermatologicznej kuracji zużywam go do szyi, dekoltu oraz ciała i w tych rejonach też daje radę. Duży plus za opakowanie z pompką, które jest bardzo wygodne, higieniczne i pozwala z łatwością dozować preferowaną ilość produktu.

Nawilżający tonik-mgiełka jest na ten moment moim zdecydowanym faworytem spośród wszystkich toników, jakie w życiu używałam. Ma bardzo wygodny atomizer, wystarczą trzy psiknięcia i całe popiersie okryte jest miłą ale nie lepką warstewką – co przekłada się na sporą wydajność. Po dwóch miesiącach używania dopiero docieram do połowy butelki. Wchłania się szybko pozostawiając uczucie nawilżanie. Łagodzi napięcie i przywraca komfort. Stanowi idealną bazę do nałożenia kremu lub olejku.

Spodziewałam się, że krem do rąk i do stóp będą zupełnie identyczne. Tymczasem jest zupełnie inaczej. Krem do rąk jest dosyć lejący. Ma 5% mocznika co przekłada się na przyzwoite nawilżenie dłoni, lecz bez szaleństw. Odżywczy jest w tej kwestii dużo lepszy. Trzeba uważać z ilością, wchłania się szybko jeśli zaaplikuje się go niewiele, lepiej dołożyć niż później próbować rozprowadzić krem aż po łokcie. Jest trochę słaby na silne mrozy, jednak w cieplejsze zimowe dni sprawdza się całkiem nieźle. Krem do stóp mocznika ma 10%. Przy systematycznym, codziennym nakładaniu nawilża, ale zdecydowanie nie daje sobie rady ze stopami po 12 godzinach chodzenia w pracy. Na takie okazje mam zresztą mocniejszy krem, który używam do zadań specjalnych. Jest sporo gęstszy od kremu do rąk z tej serii, łatwo się go rozprowadza i szybko się wchłania. Lubię nałożyć go na stopy, założyć ciepłe skarpetki, wmasować nadmiar w dłonie i rano jedno i drugie mam odżywione i w świetnym stanie.

A wy, znacie i lubicie Vianka?

Dermatolog

Pierwsze trzy miesiące roku upłynęły mi pod znakiem realizowania noworocznego postanowienia. Zawzięłam się i błyskawicznie zaczęłam zapisywać się do wszystkich zaplanowanych lekarzy, żeby skontrolować swój stan żywotności. Ostatnia na liście była wizyta u dermatologa. Zbierałam się do niej jakoś od gimnazjum i nigdy nie było mi po drodze, żeby faktycznie poszukać jakiegoś gabinetu i się zapisać. Aż mi głupio, że zajęło mi to tyle czasu.

Być może nie jest to powszechnie znany fakt, ale pójście do dermatologa to największy koszmar kosmetykoholiczki. No ale wyrok zapadł i z okazji nadchodzącego Dnia Kobiet zafundowałam sobie wizytę. Pomógł mi w tym inny, bardzo zaufany lekarz, który polecił mi swoją znajomą. Inaczej nie wiem, czy tak szybko by mi to poszło.

Pani Kasia okazała się rzeczywiście niezwykle sympatyczna i kompetentna. Wysłuchała wszystko, co mam do powiedzenia, namacalnie sprawdziła stan mojej skóry (a okropnie się bałam, że trafię na typ „biurkowca”, który tylko zerknie na mnie z oddali). Później trochę zbladła, kiedy wysypałam jej na biurko niemal całą moją pielęgnacyjną kolekcję. Kolekcję, którą do tej pory uważałam za całkiem nieźle ogarniętą i bogatą. No cóż, mylić się jest rzeczą ludzką. Z bólem serca wysłuchałam a później i zrealizowałam polecenie pozbycia się całego tego bogactwa i zużycia do stóp albo oddania komuś. Wyrok? Łojotokowe zapalenie skóry, które dopingowane w wieku nastoletnim nieodpowiednią, hiper wysuszającą pielęgnacją przeciwtrądzikową (w którą byłam zaopatrywana na zasadnie, o! Promocja w Avonie to zamówię). Dzięki temu w wieku 21 lat mogę się pochwalić makabrycznie suchą skórą, łuszczącą się i piekącą. Czerwonymi plamami i niekończącymi się stanami zapalnymi. Dodatkowo przyplątała mi się drobna infekcja nabyta na basenie, o co zresztą tam nie trudno. Objawiała się nieprzyjemnym świądem, wysypką i łuszczeniem. Potrafiłam siedzieć i nieświadomie godzinami się drapać. Okropność.

IMG_20170310_101556.jpg

Oczywiście musiałam czegoś zapomnieć i na zdjęciu brakuje jeszcze robionego w aptece kremu do całego ciała.

Wydałam zawrotną sumę na opłacenie recepty (na którą w dużej mierze składały się leki na basenowe paskudztwo) i jedyne co mnie pocieszało to wizja pięknej skóry i oszczędności na pielęgnacji w przyszłości. Ponoć będzie mi do szczęścia wystarczał kram do twarzy, płyn micelarny, balsam do ciała i ewentualnie coś do rąk/stóp/ust. Tak więc dorobiłam się całkowicie nowego kompletu pielęgnacyjnych przyjemności, zobaczymy, jakie będą pierwsze efekty za miesiąc.

ŁZS jest chorobą nawracającą i każdy pacjent ma indywidualnie dobraną terapię dlatego proszę aby nikt nie sugerował się nazwami z tubek i leczył się samodzielnie. Choroba ta jest dodatkowo podżegana przez stres, zanieczyszczone powietrze i niewłaściwe nawyki pielęgnacyjne więc jako mieszkanka sporego miasta z wieczną nerwicą nastawiam się na długą walkę z której, mam nadzieję, wyjść zwycięsko. W końcu jest o co walczyć, kto nie marzy o czystej, gładkiej, zdrowej skórze? A za miesiąc pierwsze sprawozdanie z efektów 🙂

Uwaga, drastyczne zdjęcia!

Stan na początku leczenia, dzień 1:

IMG_20170311_222956
Można zauważyć, że totalnie cierpię na brak odpowiedniej ściany i światła robienia zdjęć. Prawa strona prezentuje się najlepiej, kilka małych grudek na lini żuchwy, czasem drobne niespodzianki tuż przy włosach.
IMG_20170311_223104
Pełen przegląd problemów. Paskudne zaczerwienienia wokół nosa i ust, łuszczące się. ściągnięta skóra, wszystkie możliwe typy wyprysków.
IMG_20170311_223118
Lewy profil znacznie gorszy. Oprócz wysypu na żuchwie, zaatakowane policzki i czoło.

Kremy do rąk Vianek

Dorobiłam się w ostatnich miesiącach dwóch kremów do rąk Vianka. Mam ostatnimi czasu małego fioła na punkcie tej marki, ale cóż pocznę, kiedy ich produkty są takie proste, ukwiecone i dziewczęce? No i działają. Ale nie oszukajmy się, ładny dizajn to już połowa drogi do odniesienia sukcesu na rynku. W każdym razie robię sobie coraz większą łąkę na półce z kosmetykami i dobrze mi z tym.

Wersję odżywczą nabyłam wraz z resztą dobrobytu w jednym z Joyboxów. Z początku się nie polubiliśmy. Ten krem ma ZAPACH. Dokładnie tak, niezbędny tu jest ów wersalik, ponieważ pstrykając otwarcie zapach w jedna chwilę dosięga wszystkich kątów pomieszczenia. Jedziesz autobusem — pół autobusu nagle pachnie kremem. Zapach jest słodki, bardzo. Dopiero po jakimś czasie mój chłopak odkrył, że to jest dokładnie ten sam zapach, jaki miały w dzieciństwie sprzedawane w szkolnych sklepikach okrągłe gumy przypominające arbuza. Jest identyczny. Uroczy, nieco przytłaczający, jeśli nie jest się przygotowanym na taką intensywność, można tego kremu używać niemalże jak perfum, bo całkiem długo trzyma się na skórze. Wzbudza zainteresowanie przypadkowych „wąchaczy”. Mamy w tym kremie dużo dobrych rzeczy: miód, lecytyna, olej z pestek moreli, olej rokitnikowy, masło Shea, ekstrakt z szyszek chmielu. 75 ml, ekologiczne uprawy, naturalne składniki, kompozycje zapachowe bez alergenów, nietestowane na zwierzętach. Dużo dobrych, zachęcających cech. Na całe szczęście działanie nie psuje dobrego wrażenia. Ten krem rzeczywiście dobrze nawilża i odżywia. Tak bez ściemy, że za 15 minut trzeba znowu zaaplikować. Jak już się przełamałam co do zapachu to otrzymałam miłość do grobowej deski. Genialny krem.

img_20170213_140218

Nawilżającego przyjemniaczka upolowałam w Naturze, kiedy to z nieznanych mi przyczyn przeceniono go niemalże o połowę wraz z odżywką z tej samej linii. Rzecz jasna, sumiennie zapłaciłam dychę (za dwa Vianki!) i zadowolona przyniosłam parkę do domu. W tym wypadku również 75 ml zawiera mocznik (5%), ekstrakt z robinii akacjowej, olej z kiełków pszenicy i masło Shea. Jest dużo lżejszy od swojego chmielowego brata, ale zgadza się to również z opisem na opakowaniu, chmielowy opisany jest jako bogaty a akacjowy jako lekki. Przekłada się to również na zapach, który jest wyczuwalny, słodki, ale też bardzo dyskretny. Idealny do używania po kryjomu co często zdarza mi się w pracy i na wykładach. Również bardzo ładnie nawilża, ale nie mamy tu już takiego genialnego efektu jak w odżywczym. Nikt go z resztą nie obiecuję za co w sumie producent ma ode mnie plusa bo wiem już, że kiedy na etykietce Vianka coś jest napisane to tak będzie a czego nie ma to nie ma i kropka.

Słowem podsumowania, obie wersje polecam gorąco i z całego serca. Dawno już nie miałam tak przyjemnych kremów do rąk: )

Pielęgnacyjne podsumowanie 2016 roku

W ostatnim tekście podsumowałam moje włosomaniacze zbiory, nadszedł więc czas na kwestię priorytetową dla mnie, czyli twarz. Rok 2016 obfitował w rozmaite publikacje dotyczące azjatyckiej pielęgnacji i trend ten nie ominął również mnie. Był to zupełnie szczęśliwy zbieg okoliczności, bowiem wiosną ubiegłego roku nie mogłam już patrzeć na łuszczącą się, zaczerwienioną skórę, na której nie dało się położyć makijażu i w ogóle najlepiej było nie wychodzić z domu. Zaczęłam więcej czytać o naturalnych metodach recepturach, o wieloetapowej pielęgnacji, zaprzyjaźniłam się z internetową apteką i zaczęłam więcej czytać blogów, zamiast tylko przeglądać. Obecnie nie jest idealnie. Wciąż dręczą mnie rozmaite alergie, a ich skutki dają mi porządnie w kość. Bywam koszmarnie zapominalska zwłaszcza w kwestii maseczek i zdarza mi się odkładać w nieskończoność zrobienie peelingu, co nie najlepiej się kończy. Polubiłam się z olejami zwłaszcza przy oczyszczaniu twarzy. Olej kokosowy rano i wieczorem odmienił moje życie. To samo tyczy się stosowania serum i tonik, te niepozorne elementy sprawiły, że powoli wracam do normy i nie straszę samą siebie w lustrze. Okazało się, że zrobienie peelingu co dwa dni daje świetne efekty, ale tylko w przypadku, jeśli jest enzymatyczny. Wszystko inne powoduje niesamowity wysyp. Aktualne zbiory prezentują się tak:

img_20170111_084650

Oczyszczanie

Alterra * nawilżone chusteczki oczyszczające z aloesem
Hydrain 3 Hialuro * Płyn micelarny H2O
Biały Jeleń * Pianka do Mycia Twarzy Hipoalergiczna
BingoSpa * Kolagenowe serum do mycia twarzy

img_20170111_084943

Peelingi

Purederm * Oczyszczający i regenerujący peeling enzymatyczny
SYLVECO * Peeling enzymatyczny dla cery wrażliwej i naczynkowej

img_20170111_084507

Maski

Mincer Pharma* Daily Care Maseczka do Twarzy Rozświetlająca
Fitocosmetic * Glinka różowa egipska
Garnier * Skin Naturals * Moisture+Aqua Bomb intensywnie nawilżająca płócienna maseczka
Garnier * Skin Naturals * maseczka do twarzy z rumiankiem skóra wrażliwa

img_20170111_084548

Olejki i Oleje

Biocosmetics * Naturalne masło shea karite
Kneipp * BIO – olejek do ciała
KruKam * Olej Kokosowy

img_20170111_084905

Toniki i sera

Marion * Aqua Skin Care* Kremowe Serum Do Twarzy, Szyi i Dekoltu
Marion * Hialuronowe nawilżenie * Serum do twarzy, szyi i dekoltu
Ziaja* Tonik do twarzy do cery suchej i wrażliwej * płatki róży
Flos * Nagietek koszyczek kwiat
Flos * Przetacznik Ziele

img_20170111_084411

Kremy

Ziaja * jagody acai * krem na twarz i szyję odżywczo – regenerujący redukujący suchość skóry
Ziaja * jagody acai * krem na dzień ochronno- łagodzący SPF 10 ochrona niska
Ziołolek * krem nagietkowy z witaminą E
Pierre Fabre Sante * Dexeryl
Oillan Active * bioaktywny krem barierowy
Floslek * Żel z żywokostem do skóry suchej

Co bym chciała zmienić?

Chciałabym znaleźć w końcu krem idealny, Ziaja działa super i jest niemalże spełnieniem marzeń, ale chciałaby coś z większym SPF-em. Dermedix niczego nie urywa ale też nie ma się do czego przyczepić, Oillan to zaś potworny zawód, który nawilża przez niespełna 10 minut i należy powtórzyć aplikację. Szukam lepszego toniku, bo ważenie ziółek przy moim trybie życia kończy się tym, że ciągle nie mam toniku, a ten z Ziaii jest taki sobie.

Główny cel?

Zapisać się do dermatologa. Znalezienie kogoś dobrego nie będzie łatwe, ale czuję, że czas w końcu spróbować. A tak to więcej natury, więcej olejków i więcej masażu. Widzę, ile pozytywnych efektów to daje i zdaje się, że to jest droga, której powinnam się trzymać. Liczę, że za 12 miesięcy zapomnę co to sucha skóra.

Z pamiętnika włosomaniaczki

Przełom nowego i starego roku na ogół skłania do tworzenia list, podsumowań czy planu. Jakoś nigdy nie byłam fanką całego tego zamieszania z postanowieniami i późniejszej goryczy mniej więcej w połowie roku, kiedy okazuje się, że rzeczywistość nie jest tak bajkowa jak wyglądała przy niebie upstrzonym kalejdoskopem fajerwerków. Nie mniej, dla odmiany, postanowiłam tego roku stworzyć coś na kształt aktualnego stanu włosowo-urodowego i określić cele na następne miesiące. Głownie, aby ograniczyć zakupowe szaleństwo i określić czego powinnam szukać a co zostawić tak jak jest.

Na pierwszy rzut idą włosy. Wielkie pranie robię dwa razy w tygodniu, kiedy nie idę ani do pracy, ani na uczelnię i mogę sobie pozwolić na paradowanie przez pół dnia z olejem na włosach. Co do tego, moje włosy uwielbiają olejowanie. Przy oleju kokosowym męczył mnie proces aplikacji, nie mówiąc już o rycynowym, wiesiołku, czy maśle Shea. Aktualnie, około 1-4h przed każdym myciem nakładam olejek z Vianka na całe włosy. Jest to jedna ze zdobyczy z Joybox’a, która zmieniła mój stosunek do olejowania. Opakowanie z pompką jest mega wygodne i higieniczne. Olejek prześlicznie pachnie i mam po nim wyraźnie bardziej miękkie włosy a do zmycia go wystarczy jedno zwykłe mycie. No i z babskiego punktu widzenia buteleczka w kwiatki prezentuje się prześlicznie, chociaż jest kompletnie niepraktyczna w kwestii śledzenia zużycia.

IMG_20170105_123813.jpg

VIANEK Odżywczy olejek do włosów każdego rodzaju z wyciągiem z nagietka, miodunki plamistej i pięciornika gęsiego, 200 ml

VIANEK Normalizujący Tonik — wcierka do skóry głowy z kompleksem ekstraktów z pokrzywy, skrzypu, łopianu, szałwii i brzozy, 150 ml

Po olejowaniu od dobrych dwóch miesięcy myję włosy szamponem Expertia i to się raczej nie zmieni w najbliższym czasie zważywszy, że niedawno dokupiłam drugą butelkę z inną wersją. Może i nie daje żadnego efektu WOW! ale od tego mam kolekcję odżywek i masek. Od szamponu wymagam dobrej ceny w stosunku do wydajności i tego, żeby dobrze oczyścił włosy. Z olejem sobie radzi, kosztuje na promocji 25 złotych za 1500 ml a przy czterech użytkownikach z długimi włosami, z których każdy myje włosy dwa razy w tygodniu, wystarcza na dwa do trzech miesięcy.

Po szamponie przychodzi czas na Kallosa, którego nakładam w zależności od czasu, sił i humoru na 5 do 30 minut. Na włosy trafia w dużej ilości i pod ręcznik. Czasem łączę go z miniaturką serum Bumble and Bumble, ale tę przyjemność dawkuję sobie oszczędnie, bo cena pełnej wersji przyprawia mnie o palpitacje i stanowczo nie jest na mój budżet. Co nie zmienia faktu, że jest cudownym odkryciem z Joybox’a i robi z moimi włosami prawdziwe czary.

IMG_20170105_124018.jpg

FARCOM Expertia Szampon do włosów — odbudowa i połysk, 1500 ml

IMG_20170105_123918.jpg

KALLOS Maska do włosów Cherry — do włosów suchych i zniszczonych z olejem z pestek czereśni, 1000 ml

Po spłukaniu maski daje włosom chwilę na podeschnięcie i pryskam jedwabiem z Marion. Głównie dlatego, że fajnie się je po nim rozczesuje włosy i zamiennie kupuje różne psikacze z Marion tylko dlatego, że są tanie. Po żadnym nie widzę obiecanych efektów, ale z drugiej strony psikam mając uprzednio nałożony olej i odżywkę. Z racji tego, że jest zimno i moje włosy same z siebie schną około 6h wiec w ruch idzie suszarka. Widzę ile krzywdy im to robi i kiedy tylko mam możliwość daje im najpierw podeschnąć ile się da ale spanie z mokrymi włosami na ogół kończy się u mnie bólem uszu więc wybieram suszarkę. Na sam koniec i między myciami (kiedy sobie przypomnę) używam wcierki z Vianka. Stosuję ją zbyt krótko, żeby powiedzieć czy działa na szybszy porost, zresztą nie zależy mi na nim, ale za to mam wrażenie, że dzięki nim włosy zachowują dużo dłużej świeżość.

IMG_20170105_123848.jpg

BUMBLE AND BUMBLE Serum Repair Blow Dry, 15 ml

MARION NaturaSilk Jedwabna Kuracja — jedwab w sprayu — do włosów suchych i matowych, 130 ml

Co bym chciała zmienić?
Przede wszystkim znaleźć równie skuteczny zamiennik serum z Bumble and Bumble. Z pewnością więcej nie kupię czereśniowego Kallosa, bo w porównaniu z Arganowym czy Jedwabnym jego działanie jest znikome. Być może zostanę przy tej marce, ale nie wykluczam poszukania czegoś zupełnie nowego. Chętnie przetestuję inne produkty Vianka, bo sprawdzają mi się świetnie, szczególnie olejki do włosów, bo ten bardzo przypadł mi do gustu i sprawił, że w końcu olejuję regularnie co daje widoczne efekty.

Główny cel?
Zwiększenie gładkości i zniwelowanie puszenia się i elektryzowania. To drugie jest spowodowane pracą mi wiem, że będzie ciężko i ale może uda się coś zdziałać w tej kwestii. Tudzież zmienię pracę na taką gdzie nie będę musiała co chwilę wkładać głowy między naelektryzowane puchowe kurtki 😉 Na gęstość i przyrost nie narzekam, warkocz niezmiennie jest satysfakcjonująco gruby a comiesięczne cięcie odrasta szybciej niż bym chciała. W zimie przyjemnie grzeje, ale na lato może przemyślę jakieś bardziej drastyczne cięcie, bo przeszkadzają jak diabli.

Dexeryl

Cześć 🙂

Do tej pory moim nieocenionym pomocnikiem w walce z przesuszeniem był krem Mixa. Uwielbiam ten krem z całego serca, nadawał się na dzień i noc, pod makijaż, na upały i zimny wiatr, radził sobie z moimi alergiami, suchymi skórkami i jeszcze w dodatku był ładny i wygodnie zamykany na klik. Chyba nie muszę mówić, że zrobiło mi się okropnie smutno, kiedy zaczęłam docierać do dna. Jednocześnie poczułam nutkę ekscytacji, bo wiecie, skończył się krem – czas kupić nowy krem. Mimo tylu niepowodzeń uwielbiam ten proces poszukiwania i testowania czegoś nowego. Chciałam coś mocniejszego na zimę, bo mróz powoli zaczynał szczypać w policzki i o ile w mieście jeszcze jako tako nie było to aż tak odczuwalne to w mojej oazie spokoju za miastem, no cóż, mrozik doskwierał o poranku znacznie bardziej więc trzeba było się zaopatrzyć w coś mocniejszego.

img_20161115_111749

Od stosunkowo dawna na mojej liście zakupów w aptece był Dexeryl, krem na objawy i dolegliwości wywołane suchością skóry przeznaczony właśnie do leczenia suchości skóry i dermatologicznych problemów takich jak atopowe zapalenie skóry czy rybia łuska. Przejrzałam internet w poszukiwaniu jakichś opinii, na wizażu dokopałam się do kilku pozytywnych opinii. Ja zresztą bardzo lubię apteczne kremy, może nie mają tak atrakcyjnych zapachów jak drogeryjne ale już nie raz w aptece znalazłam remedium na moje skórne problemy.

Wracając do Dexerylu, wg. producenta tworzy on powłokę ochronną dzięki miękkiej parafinie białej i parafinie ciekłej dając fizyczny efekt przeciwdziałający parowaniu co zapobiega odwodnieniu skóry oraz stwarza barierę osłaniającą przed uszkadzającym działaniem czynników zewnętrznych. Jego konsystencja jest leciutka, choć obawiałam się, że silne działanie będzie równało się z tłustym kremem. Na szczęście jest zupełnie inaczej, elegancko się wchłania i nie zostawia żadnej lepkości. Perfekcyjnie współpracuje z makijażem. Nie ma zapachu. Elegancko nawilża, używam go na twarzy, dłonie, stopy, łokcie, kolana, tam gdzie mnie wysypała alergia i zrobiła się łuska. Wszędzie się sprawdza. Po posmarowaniu nóg od razu można wbić się bez problemu w ciasne rurki co zazwyczaj przy balsamach do ciała sprawia mi sporo problemów. Jedynym minusem jest gorzki posmak, jeśli krem znajdzie się na ustach.

Można go dostać w wielu pojemnościach, ja mam klasyczne 50g i jest bardzo wydajny. Ceny też są przystępne dla kieszeni, bo za moją pięćdziesiątkę zapłaciłam 8 złotych a 500g możemy dostać za złotych 25 i w dodatku na pompkę więc do ciała idealnie.

Różowa glinka z Egiptu

Witajcie 😃

O glinkach słyszałam zawsze wiele dobrego. Że poprawiają stan każdej cery, zawierają mnóstwo dobroczynnych mikroelementów, usuwają toksyny, a także pochłaniają radioaktywne promieniowanie. Istnieje nawet coś takiego jak Argilloterapia, czyli leczenie glinkami – podobno aktywują naturalne reakcje immunologiczne organizmu.

img_20161115_111330

Ja swoją dorwałam w Drogerii Polskiej tuż po tym, jak otwarto ją u mnie w mieście, a było to koło września. Wciąż używam tego samego opakowania i dotarłam dopiero do połowy przy regularnym używaniu. Wybrałam glinkę różową ze względu na nawilżanie, ale muszę przyznać, że wybór był trudny, bo było ich mnóstwo odmian i każda miała zachęcające właściwości.

Glinka różowa jest tak naprawdę pomarańczowa w takim ceglastym, minimalnie różowawym odcieniu. Przesypuję ilość równą mniej więcej płaskiej łyżeczki do herbaty do pojemniczka, wkraplam nieco wody lub toniku (najczęściej różany z Ziai albo napar z płatków nagietka) i mieszam aż uzyskam konsystencję gęstej pasty. Oczywiście gęstość zależy od osobistych preferencji, dla mnie pasta jest najwygodniejsza do aplikacji. Zostawiam na 20 minut na twarzy i zmywam. Ze zmywaniem, przyznam szczerze, trzeba się trochę namęczyć i zazwyczaj pomagam sobie miękką szczoteczką do twarzy. Nie polecam do zmywania żadnych ściereczek ani gąbek, bo później domycie materiału z glinki to istny koszmar. Glinka przypomina drobnoziarnisty peeling. Z początku mnie to przeraziło bo co jak co ale moja cera się z mechanicznym ścieraniem nie bardzo lubi, ale glinka na szczęście nie zaszkodziła. Cera po zmyciu jest gładka, napięta, ale bez nieprzyjemnego uczucia ściągnięcia, drobne zaczerwienienia znikają. Stan ten utrzymuje się przez kilka dni.

Jak dla mnie, jedyną jej wadą jest bałagan, jaki się tworzy przy robieniu i zmywaniu. Za działanie i wydajność bardzo ją polubiłam i jestem przekonana, że jak już w końcu się skończy, sięgnę po inną 😃

img_20161115_111353